Strach przed ryzykiem

Skąd to się bierze, że ludzie potrafią być tak mocni w słowach, ale jak przychodzi do działania to już ich nie ma. Mówią, że czegoś chcą, że bardzo im na czymś zależy, ale w chwili, gdy mogą to mieć, bez większego wysiłku,  ich „marzenie” zostaje im podane na tacy i podstawione prosto pod nos to robią unik.

Nie, oni nie odmawiają, nie mówią „dziękuję, ale nie skorzystam” – co to to nie. Oni wtedy nabierają wody w usta, mają tysiące wymówek i rezygnują zostawiając sobie uchyloną furtkę. Zostawiają sobie możliwość na zmianę decyzji. Boją się zaryzykować, podjąć wyzwanie. Kalkulują i przeliczają, czy im się to opłaci czy nie, czekają na kolejną tacę ….

Życie, choć nie raz już pisałam jak bardzo chciałabym, żeby tak było, nie ma przycisku z symbolem PAUZY. Jeśli się czegoś chce, jeśli się głośno i wyraźnie o tym mówi nie będzie czekać w nieskończoność. W życiu chodzi o to, że trzeba niekiedy podjąć decyzję – RYZYKUJĘ lub PASUJĘ. Nie powinno się ciągle wracać, czekać, zawieszać pragnień na kołkach.

Jeśli się czegoś bardzo chce trzeba czasem zaryzykować – może się uda, a może nie. Nie dowiesz się tego patrząc przez okno i marząc.

Są pragnienia nierealne, trudno osiągalne lub takie, które zmieniają się z czasem. Ale jeśli podejmujemy decyzję i przyznajemy się do tego o czym w skrytości serca lub umysłu marzymy miejmy odwagę spełniać te marzenia.  Nie mówmy głośno o tym czego byśmy chcieli jeśli nie mamy zamiaru tego wziąć, gdy to dostaniemy.

Słowa w życiu są ważne, potrafią przewrócić czyjś świat do góry nogami zmieniając go całkowicie, potrafią wprawić w euforię lub zranić do żywego. Ale słowa pozostają tylko słowami jeśli za nimi nie ma działań, jeśli rzucamy je na wodę niczym wianki w noc świętojańską. Słowa wypowiedziane kryją w sobie pewną obietnicę i jeśli jest to tylko fantazja nie powtarzajmy jak bardzo byśmy chcieli, żeby się spełniła, jeśli tak na prawdę na fantazją pozostać. Jeśli na konkretne pytanie odpowiadamy, że tak tego właśnie chcemy to nie uciekajmy ukrywając się za tysiącem wymówek, które mają dać nam czas. Słowa niewiele bowiem znaczą jeśli za nimi nie ma nic … jeśli za nimi nie stoją czyny.

Co by było gdybyśmy ….

 

Usłyszałam wczoraj w programie, który oglądałam i cały czas w głowie od tamtej pory kołacze mi się jedno pytanie : „A gdybyśmy nigdy się nie spotkali? ”

Mogę mówić za siebie i jedno wiem i tego jestem pewna, że los podarował mi coś cennego, co sprawiło, że dziś patrząc w lustro widzę kogoś innego niż jakiś czas temu.Czy lepszego nie wiem – nie mi to oceniać. Mi pasuje to co widzę i jestem wdzięczna za to co udało mi się zmienić w sobie dzięki tym doświadczeniom, które dane mi było przeżyć.

„A gybyśmy nigdy się nie spotkali
Minęli na życia tle?
I gdyby nas nic nie łączyło wcale
A wspólny los wahał się?

Kto postanawia,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Odnajdujemy się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat?

A gdybyśmy nie pokochali nigdy
Zgubili, spóźnili się?
Byliby z nas ludzie zupełnie inni.
A czy szczęśliwi, kto wie?

Ale uznano,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Mamy odnaleźć się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat

Czasami myślę o prawdopodobnym świecie,
Gdzie jednak się mijają ślady naszych stóp.
Co wtedy dzieje się z duszami naszych dzieci,
Nim czyjaś inna miłość je zaprosi tu?

Kto postanawia,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Odnajdujemy się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat?”

Małe problemy …

Może naiwnie ale czekam na koniec miesiąca … i to pod wieloma względami. Po pierwsze i najważniejsze to jest jeden z tych gorszych miesięcy w roku … zaczął się żle już od pierwszego dnia, a z każdym kolejnym staje się coraz bardziej paskudny.

Po raz kolejny okazało się, że to małe problemy są tym co potrafi szybko i bezwzględnie powalić mnie na łopatki. Z „DUŻYMI” sprawami też nie zawsze sobie dobrze radzę (powiedziałabym, że rzadko sobie z nimi szybko i sprawnie radzę), ale one są duże i wymagają niekiedy czasu i tak zwanego „przepracowania”. Jednak w tych na prawdę trudnych sytuacjach potrafię funkcjonować tak, że nikt nie widzi, że coś się dzieje, potrafię na spokojnie podchodzić do tego co się dzieje (przez większość czasu) i jakoś w końcu znaleźć wyjście. Gdy jednak sprawy są (oczywiście nie według mnie ale osób z mojego otoczenia) błahe i banalne to ja wpadam w histerię, panikuje i łapie się na tym, że mam ataki paniki. Z przykładem mierzę się ostatnio … już prawie od miesiąca … czyli awaria samochodu (kolejna w tym roku). Tak, wiem to tylko przedmiot, ma prawo się zepsuć itd. itp. ale dla mnie to jest moje małe Mount Everest na tą chwilę. Tak, wiem też, że ludzie maja „prawdziwe” problemy i że nie z takimi rzeczami w życiu sobie radziłam, ale nie zmienia to faktu, że to małe „coś” pokonało mnie i choć nie oddaję walki walkowerem to i tak czuję się wypompowana z sił i już zaczynam tracić nadzieję, że poradzę sobie z martwym przedmiotem (bo ponoć samochody nie mają duszy i nie kombinują robiąc mi na złość … no i nie rozumieją, że wrzucenie do bagażnika linki holowniczej i umieszczenie gaśnicy na przednim siedzeniu, znaczy, że muszą mi coś udowodnić i popsuć się za wszelką cenę pokazując mi język). Tak, wiem, że płacz powinnam zostawić na inne okoliczności niż to, że nie jestem w stanie ustalić przyczyn tego co się dzieje. Tak samo jak wiem, że zaistniała sytuacja nie powinna wzbudzać we mnie lęku przed odpaleniem silnika i ruszeniem z miejsca … szczególnie jeśli ścisku żołądka dostaję przy każdych światłach i na każdym odcinku drogi, gdzie ciężko byłoby zepchnąć To z drogi.

 

Ale czym dłużej o tym myślę i czym głębiej się nad tym zastawiam to dochodzę do wniosku , że problem tkwi w czymś innym. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia o tym jak sobie radzić w takich sytuacjach, o których nie mam pojęcia. Sedno tkwi w tym, że czasem marzę o tym, żeby ktoś staną z boku, pogłaskał po ramieniu i powiedział „damy sobie z tym radę, nie martw się” a potem pomógł rozwiązać te małe, z pozoru nie istotne problemiki. W takich chwilach tak bardzo czuję się sama i pozostawiona bez opieki. W takich momentach tak bardzo brakuje mi mojego Taty, który wszelkie sprawy brał na swoje barki i nie pozwalał, żebym musiała martwić się tym co nie musi być moim zmartwieniem. I chyba w tym właśnie to wszystko się zawiera …. czasami brak mi kogoś, kto razem ze mną będzie przemierzał ten świat, a gdy zajdzie taka potrzeba ochroni przed prozą życia, wesprze nie tylko słowem, ale i czynem. Brak mi kogoś kogo ja mogłabym otoczyć swoją opieką, pomóc mu znosić trudy codzienności i przytulając powiedzieć – „nie martw się razem damy radę, bo jak nie my to kto?”.

A póki co dalej walczę z rzeczywistością, samotnie pokonując problemy, czasem wyolbrzymiając je i tworząc  z nich potwory… gdy tak na prawdę są to tylko małe robaczki. Jest tylko jeden problem – ja nigdy nie bałam się potworów a wszelkie robactwo sprawia, że paraliżuje mnie strach i uciekam najszybciej jak tylko umiem.

Brak radości

Ludzie czasem tak bardzo nie doceniają tego co mają. Nie doceniają, bo nie wiedzą jak to jest jak się czegoś nie ma. Nie oceniam ich, nie krytykuję, bo ciężko im zrozumieć jak to jest jak się coś traci lub czegoś mieć nie można. Ja też nie zawsze wiem, jak to jest, gdy traci się coś cennego, co powinno być i co jest uznawane za normę.

Czasem jednak to ich nie docenianie potrafi być bolesne, słowa, które wypowiadają potrafią przeszyć na wskroś i sprawić, że pęka serce.

Gdy ktoś opowiada mi o tym jak ciężko jest wychowywać dziecko, jak czasem trudno, gdy nie można sobie z nim poradzić, jak zarzekają się, że nigdy więcej kolejnych lub uważają, że w jakimś stopniu rodzicielstwo jest błędem, staram się unikać krytyki i negatywnego myślenia o nich. Szukam zrozumienia dla takich słów, bo wiem, że często wynikają ona z ciężkiej sytuacji, która miała miejsce lub złych zachowań jednej czy drugiej strony. W głębi siebie jednak myślę wtedy , że ja bym oddała tak wiele, żeby budzić się w nocy i uspokajać płaczące niemowlę, że nie ważne jak ciężko, ale chciałabym móc walczyć z dziecięcym buntem i fochami. Może nie wiem o czym mówię, bo ciężko odnieść się do doświadczeń, których się nie ma, ale  i tak chciałabym je mieć niż nie móc nic na ten temat powiedzieć.

Pieniądze … niby szczęścia nie dają, ale bardzo ułatwiają jego zdobycie. Owszem nie są najważniejsze, nie powinny przesłaniać całego świata i stanowić jedynego celu w życiu, ale co jeśli się ich nie ma. Co w sytuacji, gdy staje się przed niezwykle ciężkimi decyzjami – zapłacić rachunki, czy zjeść obiad ….

Zdrowie … póki jest, póki nic nam nie doskwiera, nie cierpimy my lub nasi najbliżsi nie myślimy o tym za dużo. Czujemy się dobrze, więc nie zamartwiamy się tym co może się stać, co może nas spotkać. Z jednej strony dobrze, bo nie o to chodzi w życiu, żeby szukać nieszczęść i ciągle o nich myśleć.  Z drugiej jednak strony nie dbamy o to co mamy, nie robimy nic, żeby taki stan jaki jest utrzymać , a czasami bardzo mocno staramy się, żeby go pogorszyć.

Dom, rodzina, bliscy ludzie … gdy się to wszystko ma niekiedy nie potrafimy dostrzec, że spotkało nas w życiu coś dobrego. Po prostu jest i nie cieszymy się tym na co dzień, bywa, że nawet „od święta” tego nie doceniamy bo czyjaś obecność stała się normą.  Kłócimy się i obrażamy, narzekamy i ranimy, zapominamy o bliskości, o dotyku, przytuleniu czy powiedzeniu miłego słowa.

Tak często bywa, że zaczynamy widzieć to co daje radość dopiero wtedy, kiedy życie stawia nas pod murem, gdy pojawia się zagrożenie lub coś tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy, że każdy dzień potrafi dawać szczęście , że najmniejsze drobiazgi potrafią sprawić radość, że to co „oczywiste” może być błogosławieństwem.

Staram się z całych sił doceniać to co w życiu mam, a nie skupiać się na tym czego mieć nie mogę lub co straciłam, ale to jest strasznie trudna. Co dzień rano jadąc samochodem lub spacerując z psem powtarzam sobie, że po pierwsze – trzeba zacząć od siebie,  po drugie – życie lubi zaskakiwać i nie wiem co czeka mnie za godzinę, jutro lub za rok, po trzecie – głową muru nie przebiję, muszę go przeskoczyć, obejść lub zawrócić szukając innej drogi  i wreszcie po czwarte – „Jeśli rzeczy małe nie będą cię cieszyły, to i duże nigdy nie ucieszą”.(A.Przybylska)

Nie oceniam więc ludzi narzekających na swój los, bo sama nie postępuje inaczej. To, że narzekam na inne sprawy niż oni jest mało istotne … choć bolesne jest, gdy krytykują to o czym ja nieustannie marzę …

Ruchome piaski

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu stoję na wzgórzu z ruchomymi piaskami. Gdy się nie ruszam, nic nie robię i tak tylko stoję to mogę patrzeć na to co wokół mnie, słuchać dźwięków otaczającego mnie świata. Jednak gdy tylko się poruszę, zaczynam zapadać się coraz głębiej . Zakopałam się już tak bardzo, że sama nie wyjdę, a pomocnych dłoni przyjmować nie chcę. Boje się, że zamiast mnie wyciągnąć zakopią się razem ze mną. Odpycham więc każdego kto stara się być potrzebny, odtrącam wszystkich, którzy chcą mnie wydostać.

Teraz stoję nieruchomo i rozglądam się wokół. Boję się choćby drgnąć, żeby nie zapaść się bardziej. Każdy ruch, gest, słowo tylko ciągną mnie w dół… Jeszcze chwila i obawiam się, że będzie już za późno, żeby stąd wyjść. Boję się, że pochłonie mnie ciemność. Boję się, ze dla mnie jest już za późno.  Boję się tego co będzie dalej ….

Skrajności

Są dni kiedy mam wrażenie, że nie czuje NIC. Przepełnia mnie obojętność i nawet najsmutniejsze informacje nie wywołują u mnie  łez ani nawet najdrobniejszej reakcji.

Są też takie dni jak dziś… kiedy przepełniają mnie emocje. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie nad nimi panować. Uczucia i myśli, które mnie wypełniają niestety nie są tylko pozytywne. Powiedziałabym nawet, że znaczną większość stanowią te negatywne. Takie, których nie lubię, które mnie mocno osłabiają, których nie powinno być w moim świecie. Emocje, z którymi walczę od tylu już lat, a one nie chcę mnie opuścić. Myśli, których nie powinno być, bo nie mają prawa się pojawiać. Czuję w takich chwilach za dużo i za mocno i w dotaku to do czego nie mam prawa, żeby to czuć.

Gdy w końcu uspokajają się czuje się wykończona i nie mam siły na nic … nawet na to, żeby dalej funkcjonować.

Coraz częściej w głowie pojawia się jedna myśl, która wraca do mnie jak bumerang, którą mimowolnie powtarzam jak mantrę – „jestem już zmęczona”.

Chcę TAM być …

Zamykam oczy i widzę Je tak blisko – niemal na wyciągnięcie ręki. Nie wiem czy to jawa czy już sen, ale widzę jak uśmiechają się do mnie, słyszę ich cienkie głosiki jak wołają mnie do siebie … Chcę do nich iść, ale nie mogę. Przecież nic mnie tu nie trzyma, Tam, z nimi byłoby mi lepiej, łatwiej, weselej i spokojniej.

Jestem zmęczona życiem. Wiem, że są tacy, którzy mają gorzej, ale ja nie jestem innymi. Jestem słaba i nie mam już siły walczyć z tym co los kładzie na mojej drodze. Ciągle czekam na to lepiej, ale ono nie nadchodzi. A może to ja nie potrafię już cieszyć się tym co mam. Może niewdzięcznica ze mnie i nie umiem docenić tego co mnie otacza. Ale co to właściwie jest ? Szarość, która zmienia się w mrok.

Z dnia na dzień czuję jak co raz bardziej opuszczają mnie siły, jak odchodzi ode mnie chęć na robienie czegokolwiek, jak zanika potrzeba wstania, umycia się, zjedzenia … Najchętniej położyłabym się na łóżku, zamknęła oczy i była z Nimi … z tymi wszystkimi, którzy na mnie czekają.

Dziś mijają 4 lata, od kiedy odeszła jedna z moich bliskich sercu osób. I tak sobie znowu pomyślałam, że to powinnam była być ja, nie ona. Ona miała jeszcze tyle szczęśliwych chwil przed sobą, tyle cudownych momentów na nią czekało … a moje czekają na mnie gdzie indziej.

Znowu mam wrażenie, że zapada się pode mną ziemia i zaczynam spadać z coraz większą prędkością. Nie widzę dna i nie umiem się zatrzymać. Czym więcej myślę tym większy chaos mam w głowie. Czego się nie dotknę to rozpada się na małe kawałeczki. Patowa sytuacja, z której nie umiem znaleźć wyjścia, wszystko nie w takiej ilości jakiej powinno być, brak równowagi w jakimkolwiek aspekcie życia, nie mam się czego chwycić. W nocy, gdy szukam ukojenia i spokoju powracają niczym bumerangi sny, w których bliscy mi ludzie odtrącają mnie, omijają patrząc z pogardą lub nawet nie widzą przechodząc obok. Budzę się bardziej zmęczona niż zasypiam i tak w kółko.

To nie jest tak, że się nie staram, ze już wcale mi nie zależy … ale po prostu nie mam już sił. Czuję jak wypełnia mnie coraz większa złość na każdy drobiazg, który staje mi na drodze. Widzę jak popełniam coraz więcej błędów i nie umiem ich naprawić. Życie wysysa ze mnie życie i zaczynam być pusta w środku….

Gdybym tak mogła zamknąć oczy i w końcu być z Nimi …Zniknęłoby to wszystko co przytłacza i wreszcie poczułabym powietrze w płucach i przypomniała sobie jak to jest śmiać się szczerze i z całych sił…

Kula

Wydaje mi się, że eliminuję jedne błędy i popełniam kolejne, ale tak na prawdę to ciągle uparcie powtarzam jeden i ten sam – pozwalam sobie na robienie kolejnych kroków. Nie zatrzymuję się na chwilach i sytuacjach, które są dobre. Mam złudzenia, że pozwalając sobie na więcej jestem w stanie panować nad tym, jakie konsekwencje niosą za sobą moje decyzje. Niestety rzeczywistość nie pozostawia złudzeń … za każdym razem błądzę po ciemku szukając właściwych dróg, wybierając te coraz mroczniejsze i bardziej kręte. Zamiast cieszyć się tym co zbudowałam i osiągnęłam to wyciągam rękę po więcej, pozwalam na przekraczanie kolejnych granic, które sobie postawiłam.

A potem znowu budzę się ze snu i jedyne co mogę sobie powiedzieć patrząc w lustro to „a nie mówiłam”. Za każdym razem otwierając kolejne drzwi wiem, czym może się skończyć wkroczenie w nowe miejsce, to i tak naciskam klamkę i podążam za głosem dobiegającym z środka. Co z tego, że wiem czego nie powinnam robić, bo życie nauczyło mnie co może sprawić ból. Zamykam drzwi do siebie i rezygnuję z przyjacielskich, ciepłych rozmów, ale to nie sprawia, że droga, którą podążam zaprowadzi mnie do miejsca, jakie wybrałam sobie za cel.

Kilka razy starałam się już uciec, ale mam wrażenie, że niczym chomik biegam w kuli, którą ktoś przenosi w różne miejsca … niby inne widoki, ale to nadal ta sama kula….

 

Brak akceptacji

Chyba nigdy nie będę w stanie zrozumieć ludzi, którzy podnoszą rękę na drugiego człowieka. Może wynika to z braku doświadczeń, ale jest to dla mnie nie do zrozumienia.

Doświadczenia ostatnich miesięcy pokazują mi, że są ludzie dla których wyciągnięcie noża, dźgnięcie nim drugiego człowieka i zabicie go z zimną krwią, nie jest czymś złym. Tak samo jak podniesienie ręki na „ukochaną” kobietę, w obecności dziecka i przyjaciół nie stanowi problemu.

Może dlatego, że są to rzeczy, który widzę blisko, ale w jakiś sposób z boku to nie potrafię tego pojąć. Wiem, że łatwo doradzić kobiecie „odejdź, to jestem w stanie zrozumieć jej strach i towarzyszące jej obawy. Co prawda nikt nigdy nie pozbawił mnie poczucia mojej wartości odbierając je w brutalny sposób za pomocą rąk i okrutnych słów, ale wiem co znaczy mieć uczucie, że nie jest się wartym więcej niż zero, że przestaje się wierzyć w siebie i otaczający świat. Znam uczucie, gdy cały świt staje się bezbarwny i nie widać sensu w dalszym egzystowaniu.

Życie nauczyło mnie jednak jednego … nie jestem sama, Są wokół mnie ludzie, którzy stoją za mną, którzy pomogą mi się pozbierać i podnieść z każdej trudnej sytuacji. Nawet wtedy kiedy życie próbuje mnie znokautować wiem, że mam w swoim narożniku ludzi, którzy pomagają mi podnieść się z desek i podjąć dalszą walkę. I dla takich ludzi sama należę. Gdy trzeba stoję i pomagam walczyć pomimo przeciwnościom i kłodom, które los rzuca pod nogi ….

Czy robię dobrze? Nie wiem – czasem angażuję się za bardzo dostając rykoszetem nawet boleśniej niż ten kto toczy swoją walkę. Nie umiem jednak inaczej – stać z boku nie robiąc nic, gdy wiem, że ktoś cierpi. Jak mogę to pomagam, chyba, że moja obecność przestaje być mile widziana…

Zasad jest prosta – nie być obojętnym, ale nic na siłę. Życie nauczyło mnie bowiem jednego – nie pchaj się tam gdzie Cię nie chcą, tam, gdzie przestałaś być już potrzebna nic nie zrobisz, a jedynie sobie sprawisz ból.

 

Pogoń

„Ptaki śpiewają po burzy. Czemu ludzie nie cieszą się tym co dają im słońce?”          

Rose Kennedy

Nieustannie za czymś gonimy,  poszukujemy czegoś , pragniemy więcej …

Nie  potrafimy się cieszyć tym co mamy, tym co jest TU i TERAZ.

Mając szczęśliwą rodzinę, dzieci, pracę, dom … szukamy kochanki/kochanka, poświęcamy czas pracy i zarabianiu pieniędzy, unikamy spotkań z bliskimi. To co jest codziennością zaczyna być szare. Zamiast dbać o codzienność, pozwalamy na wkroczenie w nią rutyny, zwyczajności. To co jest, przestaje wystarczać i marzymy o czymś więcej.

Nie doceniamy tego, co kiedyś sprawiało nam przyjemność, przestajemy dostrzegać drobne gesty, zachowania bliskich nam osób zaczynają nas irytować. To co kiedyś bawiło teraz wywołuje złość. To co kiedyś sprawiało przyjemność, teraz jest przykrym obowiązkiem.

Biegniemy przed siebie nie oglądając się za siebie, nie zwracając uwagi na to, co nas otacza. Wyciągamy ręce po więcej … pieniędzy, władzy, seksu … bo wydaje nam się, że czas na nas poczeka, że życie ma przycisk PAUZA.

Nie, życie nie poczeka. Tego co stracimy dzisiaj, możemy już nigdy nie odzyskać. A gdy nadejdzie w końcu chwila refleksji może się okazać, że nie mamy już do czego wracać, że musimy zaczynać od nowa.

Życie to nie autobus … nie ma przystanków na żądanie, nie przyjedzie następny i nie możemy się w dowolnym momencie przesiąść wciskając przycisk STOP. Nie więc sensu gnać przed siebie. Czasem warto zwolnić, przystanąć na chwilę i docenić to co mamy zanim to zniknie i stracimy to bezpowrotnie. Praca niech nie będzie sensem życia, a jedynie sposobem na zarobienie pieniędzy, dzięki którym możemy spełniać marzenia swoje i swoich bliskich. Rodzina i dom niech nie będą utrapieniem, a ostoją i miejscem, gdzie czujemy się bezpieczni i szczęśliwi. A innych ludzi traktujmy tak, jak sami byśmy chcieli być traktowani.