Coś innego

Zalogowałam się,  żeby napisać o czymś o czym już tyle razy pisałam… o tym jak bardzo nie lubię świat. A tu nagle niespodzianka…

Coś co miało być. Coś co miało przetrwać jeszcze jakiś czas. Coś co jest już od ponad trzech lat nagle z nowym rokiem zniknie. Nie wiem czym jest to spowodowane, ale to tylko pogłębiło mój nie najciekawszy dziś nastrój.

Choć jakiś czas temu napisałam, że pora pożegnać się z przeszłością to nie znaczy to, że chciałam aby to pożegnanie było ostateczne i definitywnie. Po tym jednak jak przeczytałam informacje o zamknięciu strony i o tym, że miejsce, które było dla mnie początkiem i końcem cudownej przygody w życiu przestanie istnieć to poczułam jakby los dodatkowo postanowił mi dołożyć.

Nie dość, że zbliża się czas kiedy jedyne na co mam ochotę to położyć się i nie wstawać to na dodatek czuję jakbym nieodwracalnie traciła jakiś kawałek swojego życia. Jakąś część,  która miała być, przypominać mi o tym co było mi dane przeżyć. Coś do czego mogłam wracać, gdy było mi źle i gdy chciałam wrócić do tego co mnie pięknego spotkało.

A teraz jak za sprawą magicznej różdżki nagle wszystko zniknie i już tego nie będzie. Wiem że moje wspomnienia, wszystkie dni (choć i tak cześć słów zostało mi zabrane) pozostaną w moim sercu i pamięci, ale i tak poczułam się tak,  jakby życie chciało mi dołożyć jeszcze bardziej, żebym znowu padła na deski niczym znokautowana. Nie wiem czy mam siły znowu się podnosić. Już wszystko co mi było dane zostało mi odebrane i nie mam nic….więc po co znowu wstawać, po co znów toczyć poranne walki by wstać i żyć.

Poddaję  się i przestaję toczyć ten bój,  bo nie mam szans. Zapisze wszystko na dysku ku potomności, a to co lubiłam czytać zapisze w swoim sercu i pozwolę mu pamiętać to co chce, bo ono wciąż pamięta tak wiele.

W pewnym sensie czuję się jakby życie zmuszał mnie do pożegnania na swoich warunkach a nie na moich. Choć nie powinno, to cała ta sytuacja sprawia, że nie mogę przestać płakać i jednocześnie być zła.

Nie lubię sytuacji, na które nie mam wpływu, a które nie idą po mojej myśli… ale z racji wielu takich doświadczeń powinnam już się przyzwyczaić, że tak właśnie jest i po prostu zaakceptować je i starać się jakoś żyć dalej.

Także to już koniec tego bloga… i wszystkich innych, które pisałam, czytałam i współtworzyłam. Nie podoba mi się to, ale nic na to poradzić nie mogę. Kiedyś pisanie miało mi pomóc poukładać życie… na pewno je zmieniło i zmieniło mnie. Jedno wiem na pewno – bardzo się cieszę, że ponad trzy lata temu podjęłam decyzję żeby napisać pierwszy wpis i cieszę się, że to tak bardzo odmieniło moje życie. Cieszy mnie wszystko co dane mi było dzięki temu przeżyć – jestem wdzięczna zarówno za to co było dobre i jak i za to co było złe… bo wszystko to mnie czegoś nauczyło i sprawiło, że dziś jestem taka jak jestem… dobra czy zła nie mi to oceniać, ale na pewno inna niż wtedy gdy po raz pierwszy zalogowałam się na swoją stronę i rozpoczęłam swoją przygodę z blogowaniem.

Pożegnanie

Wszystko ma swój czas. Przychodzi taki moment, kiedy następuje pożegnanie. Ostateczne pogodzenie się i rozliczenie z przeszłością. Nastaje moment, kiedy to co było przestaje boleć, kiedy myśląc o tym co się wydarzyło nie czuje się żalu, smutku i złości. Wtedy rodzą się „prawdziwe” wspomnienia, wszystko jakby się krystalizuje. Zaczynamy patrzeć za siebie i w obiektywny sposób mówić o tym co nas spotkało i czego doświadczyliśmy.

Nadchodzi taki czas, kiedy potrafimy usiąść przy filiżance gorącej herbaty i z nieśmiałym uśmiechem na ustach, z opanowaniem i spokojem wspominać zarówno to co było dobre, jak i to co sprawiło nam ból. Nie ma w nas już negatywnych emocji, dostrzegamy pozytywny wpływ, jaki wywarła na nas przeszłość.

Pożegnanie to moment, kiedy chowamy wszystkie nasze wspomnienia do kartonowego pudełka i przewiązujemy je dużą czerwoną wstążką. Pudełko wkładamy na górną półkę w szafie. Potem, gdy tą szafę otwieramy to spoglądając na tą czerwoną kokardę przywołujemy obraz z przeszłości. Czasami w deszczowy i pochmurny dzień wyciągamy pudełka z szafy i przeglądając je wracamy do minionych doświadczeń dostrzegając jaki miały wpływ na nasze obecne życie, czego dzięki nim się nauczyliśmy o innych i o sobie, jak się zmieniliśmy i jakie wnioski wyciągnęliśmy.

Pożegnanie z przeszłością, gdy nadchodzi jego czas, sprawia, że przestajemy nią żyć, że jesteśmy gotowi, żeby przewrócić kartkę i rozpocząć pisanie nowego rozdziału w naszym życiu. Nie musimy od razu brać w dłoń pióro i zaczynać pisać. Życie to jest ciągła gonitwa, nie musi się ciągle coś dziać.  Koniec nie musi oznaczać automatycznie nowego początku, czasem dobrze jest na chwilę usiąść i zastanowić się jaką drogą powinni iść dalej nasi bohaterowie ….

Diabelska godzina ….

Od ponad dwóch tygodni codziennie budzę się kilka minut po godzinie 4 i przez kolejne parę nie mogę zasnąć. Nie ważne o której kładę się spać – czy jest to 3 w nocy czy 21 wieczorem, o 4 coś mnie budzi.

Zazwyczaj otwieram oczy i wiem, że coś mi się śniło. Ostatnio nad ranem nie mam fajnych snów. Gdy zasypiam i myślę o czymś miłym to potrafię przenieść się w bardzo fajne miejsca i przeżywać cudowne historie. Jednak, gdy nad ranem budzi mnie jakiś sen (bo nie zawsze to on jest przyczyną tych dziwnych przebudzeń) to nie jest to coś co chcę pamiętać.

Dziś taki właśnie wyrwał mnie z objęć Morfeusza, ale był na tyle wyraźny i męczący, że nie mogę odgonić tych myśli i pozbyć się z głowy tych obrazów.

Śniło mi się jak stałam za ścianą i słyszałam jak inni nabijają się ze mnie, śmieją z mojej naiwności i głupoty. Chciałam wyjść zza rogu i pokazać się, żeby zamknąć im usta, ale nie mogłam się ruszyć. Stałam oparta plecami o ścianę i czułam jak po policzkach płyną mi łzy. Słuchałam jak kobieta siedząca obok opowiada innym moje tajemnice, które powierzyłam komuś innemu. Wszyscy śmiali się i dobrze bawili. Zaczęli dochodzić do towarzystwa inni ludzie, tacy którzy normalnie nie powinni pojawić się w takim miejscu i wśród tych osób i dołączały do „zabawy”. Słuchałam jak wszyscy rechoczą, pokładają się ze śmiechu, a mnie sparaliżowało.

Obudziłam się w momencie, gdy jedna z osób, która była pierwotnym odbiorcą moich tajemnic szła w stronę pokoju, w którym trwała „impreza” zauważyła mnie i spytała – a co tam tak wesoło? odpowiedziałam tylko – „wejdź to się przekonasz, na pewno Ci się tam spodoba” i uciekłam … i ta ucieczka mnie obudziła. Leżałam przez chwilę z szaleńczo bijącym sercem, wilgotnymi oczami i dreszczami na całym ciele. Nie zasnę już do rana, bo ciągle widzę te oczy – uśmiechnięte i nieświadome, że ja wiem jak bardzo po raz kolejny zostało zniszczone moje zaufanie do drugiego człowieka, zaufanie, które ostatnio jest tak mocno ograniczone w stosunku do innych ludzi. Ten sen przypomniał mi, że powinnam trzymać się tej garstki ludzi, którzy są mi najbliżsi i nie koniecznie poszerzać swój krąg zaufania o kolejne osoby. Ten sen uświadomił mi, że pomimo tego iż wydaje mi się , że jestem ostrożniejsza jeśli chodzi o otwieranie się przed „obcymi” osobami, to i tak nadal pozostaję dziecinnie naiwna wierząc w uczciwość i wzajemność. Ten sen natknął mnie na myśl, że daję się wykorzystywać i sobą manipulować tylko dlatego, że tak bardzo chcę postrzegać świat i ludzi w pozytywnych barwach. Ten sen …. to takie małe pokiwanie palcem, że znowu zaczynam iść nie właściwą drogą, która prowadzi mnie do zawodu i cierpienia. Jednocześnie to ostrzeżenie przyszło w momencie, kiedy bez trudu jeszcze mogę zawrócić lub skręcić w innym kierunku.

Historia

Historia nigdy nie byłą moim ulubionym przedmiotem w szkole. Nie jest również tym co lubię w swoim zyciu – szczególnie jeśli po raz kolejny się powtarza.

Ostatnio znowu miałam wrażenie, że przeżywam jakieś dziwne DEJA-VU. Jakby stanęła w innym miejscu, z innymi ludźmi, ale przezywała dokładnie to samo co jakiś czas temu. Tak bardzo znane zachowania, tak podobne gesty.

Zaczęłam się zastanawiać, czy los nie robi tego specjalnie. Stawia na mojej drodze ludzi, którzy tak bardzo przypominają mi o minionych dniach, po to, żebym w końcu odrobiła swoją lekcję i postąpiła właściwie. Może mam się uczyć do skutku ?? Mam powtarzać zdarzenia z przeszłości, żebym udowodniła życiu, że już w końcu się nauczyłam i nie popełnię tych samych błędów.

Myśląc o tym co się wydarzyło „na chłodno”, w sytuacji, gdy opadł już pierwszy kurz to zaczynam dostrzegać zmiany jakie we mnie zaszły. Widzę co się zmieniło i poprawiło.

Kiedyś wszelkie emocje, które we mnie były tłumiłam. Gdy ktoś sprawił mi przykrość lub postąpił w sposób, który mnie zdenerwował zamykałam się w sobie udając, że nic się nie stało. Mówiłam „wszystko w porządku”, „nie jestem zła” i inne nieprawdziwe słowa. Bałam się tego co ta druga osoba może o mnie pomyśleć, przerażało mnie, że może poczuć się urażona i najzwyczajniej w świecie mnie odtrącić lub oczernić w oczach innych ludzi. Przerażało mnie zdanie innych na mój temat, bo tak bardzo zależało mi, żeby być postrzeganą tylko przez pryzmat tych dobrych cech, które mam w sobie. Teraz staram się już tak nie robić. Ktoś nauczył mnie, że nie można chować się niczym ślimak do swojej skorupki, gdy tylko poczuje zagrożenie. Ktoś pokazał mi, że ważne jest mówienie o tym co się czuje, bo najgorsze co można zrobić drugiemu człowiekowi to przybrać postawę – „DOMYŚL SIĘ” (szczególnie jeśli chodzi o mężczyznę i kobiecego focha).

Nikt nie jest jasnowidzem i jeśli udaję, że nic się nie stało, gdy słowa zaprzeczają mowie ciała to nie rozwiążę żadnej trudnej sytuacji, a jedyne co mogę zyskać to własne nerwy, nieprzespane noce i problemy z apetytem.

Ostatnie zdarzenia dają mi nadzieję, na to, że może uda mi się w końcu przestać ciągle przejmować, że zacznę szczerze mówić o tym co sprawia mi przykrość i co ukuło mnie w serducho. Wiem, że jeszcze daleka droga przede mną, ale zrobiłam pierwszy krok, żeby tak właśnie robić.

Może jednak te moje powroty do przeszłości właśnie po to są, żeby wreszcie przełamała wszelkie swoje słabości i odważniej kroczyła przez życie. Może dzięki temu zyskam więcej niż mi się wydaje.

A jeśli komuś nie odpowiada to co mówię, jeśli nie zgadza się ze mną i nie chce słuchać jakichkolwiek argumentów i prowadzić rozmów, które rozwiałyby te wszystkie problemy, które mogą się pojawić to nie będę robić nic na siłę.

Wiem, że jestem upartą osobą, coraz lepiej znam tez inne moje wady. Staram się zmienić na lepsze, tak żeby było mi lepiej z samą sobą. To nie jest łatwe, ale w obliczu wydarzeń ostatnich dni wiem, że jest możliwe. Najważniejsze jest teraz to, żeby nie się nie cofać. Jeśli pojawią się trudności i wątpliwości to powinnam się zatrzymać, wziąć głęboki oddech ale nie stawiać kroku w tył – tam już byłam i nie było tm nic do czego powinnam chcieć wrócić. Budowanie murów, ślepe zaułki i ucieczka kończąca się zamknięciem na klucz drzwi nie prowadzi do niczego, to co muszę robić to wyrażać siebie i towarzyszące mi emocje. Muszę pozbyć się w stosunku do niektórych osób maski, którą przy nich ubieram i małymi krokami nauczyć się mówić o tym co leży mi na sercu.

Nie twierdzę, ze zawsze mam rację, że to co ja czuję jest jedyne, właściwe i nie przyjmuję słów sprzeciwu … co to to nie. Mylę się – wiem to. Często popełniam błędy, wyciągam niewłaściwe wnioski, analizuję sytuacje w złym kierunku i snuję nieprawdziwe domysły, ale Ktoś nauczył mnie, że to może prowadzić tylko do nieporozumień i kłótni. Trzeba mówić, wyjaśniać i rozwiewać wątpliwości. A „Domyśl się” zostawić tylko dla tych z którymi dyskusja i rozmowa nie ma żadnego sensu … jeśli tym innym zależy to zawalczą, żeby poznać prawdę, a jeśli nie to takich ludzi w swoim życiu nie potrzebuję.

P.S. Mam nadzieję, że tym razem wyciągnęłam właściwe wnioski z lekcji historii mojego życia i gdy zaliczę ją na 5 to los mi odpuści i nie będzie kazał ciągle na nowo powtarzać wszystkiego i pozwoli mi na poznanie ludzi, którzy odbiegają od przyjętego dla mnie wzorca.

Znaki i symbole

Sama siebie niekiedy potrafię wprawić w zdziwienie. Czasem tak bardzo chcę, żeby coś co zobaczę, usłyszę , poczuję miało większe znaczenie niż zapewne ma w rzeczywistości, że dopowiadam sobie do tego swoją własną historię.

Ale są też takie sytuacje, gdy te historie same się jakoś tak podpowiadają, bez większego wysiłku, a czasem wbrew mi samej.

Ostatnio siedząc w restauracji w gronie bliskich mi osób z powodu ważnej dla mnie okazji nagle usłyszałam z głośników cicho płynącą melodię … piosenki, którą bardzo lubię, a która od jakiegoś czasu przywołuje w mojej głowie konkretne obrazy. Słysząc ten utwór, „odpłynęłam” na chwilę, wyłączyłam i poczułam jakbym nagle znalazła się w zupełnie innym świecie. Przywołana do rzeczywistości powiedziałam jedynie … bardzo lubię tą piosenkę i wróciłam do „tu i teraz” pozostawiając za sobą tamten wyimaginowany świat.

Nie powiem, że nie było to miłe doświadczenie. Przez chwilę miałam wrażenie, że wszystko inne przestało istnieć, że nie ma wokół mnie nic innego – tylko obrazy z mojego snu na jawie. Ale powrót do rzeczywistości w takich chwilach bywa bolesny. Gdy opada zasłona i znowu przed sobą widzisz tą samą znaną rzeczywistość.

Rzeczywistość, która tak bardzo odbiega od wyobrażeń. Rzeczywistość, w której walczę sama z sobą, aby zachować spokój, aby nie popełniać ponownie tych samych błędów. Świat, w którym dokonuję coraz gorszych wyborów i podejmuję coraz mniej korzystne dla siebie decyzje. Świat, w którym pomimo złożonej samej sobie obietnicy nadal wieczorem po cichu płaczę w poduszkę, żeby nikt nie widział, że jest mi źle i smutno. Świat, w którym nadal mam problem z zaufaniem drugiemu człowiekowi i boję się otworzyć drzwi do mojego umysłu, duszy i serca. Świat, w którym co rano zakładam maskę ukrywając siebie w obawie przed zranieniem i wykorzystaniem.

A wracając do sytuacji sprzed kilku dni …. w takich chwilach nachodzi mnie zawsze chwila refleksji – czy to jakiś znak, czy może tylko mój umysł płata mi figle i prowadzi na kręte ścieżki niepoprawnej wyobraźni….

Tak czy inaczej, miło było choć na tak krótką chwilę znaleźć się po drugiej stronie lustra ….

Strach przed ryzykiem

Skąd to się bierze, że ludzie potrafią być tak mocni w słowach, ale jak przychodzi do działania to już ich nie ma. Mówią, że czegoś chcą, że bardzo im na czymś zależy, ale w chwili, gdy mogą to mieć, bez większego wysiłku,  ich „marzenie” zostaje im podane na tacy i podstawione prosto pod nos to robią unik.

Nie, oni nie odmawiają, nie mówią „dziękuję, ale nie skorzystam” – co to to nie. Oni wtedy nabierają wody w usta, mają tysiące wymówek i rezygnują zostawiając sobie uchyloną furtkę. Zostawiają sobie możliwość na zmianę decyzji. Boją się zaryzykować, podjąć wyzwanie. Kalkulują i przeliczają, czy im się to opłaci czy nie, czekają na kolejną tacę ….

Życie, choć nie raz już pisałam jak bardzo chciałabym, żeby tak było, nie ma przycisku z symbolem PAUZY. Jeśli się czegoś chce, jeśli się głośno i wyraźnie o tym mówi nie będzie czekać w nieskończoność. W życiu chodzi o to, że trzeba niekiedy podjąć decyzję – RYZYKUJĘ lub PASUJĘ. Nie powinno się ciągle wracać, czekać, zawieszać pragnień na kołkach.

Jeśli się czegoś bardzo chce trzeba czasem zaryzykować – może się uda, a może nie. Nie dowiesz się tego patrząc przez okno i marząc.

Są pragnienia nierealne, trudno osiągalne lub takie, które zmieniają się z czasem. Ale jeśli podejmujemy decyzję i przyznajemy się do tego o czym w skrytości serca lub umysłu marzymy miejmy odwagę spełniać te marzenia.  Nie mówmy głośno o tym czego byśmy chcieli jeśli nie mamy zamiaru tego wziąć, gdy to dostaniemy.

Słowa w życiu są ważne, potrafią przewrócić czyjś świat do góry nogami zmieniając go całkowicie, potrafią wprawić w euforię lub zranić do żywego. Ale słowa pozostają tylko słowami jeśli za nimi nie ma działań, jeśli rzucamy je na wodę niczym wianki w noc świętojańską. Słowa wypowiedziane kryją w sobie pewną obietnicę i jeśli jest to tylko fantazja nie powtarzajmy jak bardzo byśmy chcieli, żeby się spełniła, jeśli tak na prawdę na fantazją pozostać. Jeśli na konkretne pytanie odpowiadamy, że tak tego właśnie chcemy to nie uciekajmy ukrywając się za tysiącem wymówek, które mają dać nam czas. Słowa niewiele bowiem znaczą jeśli za nimi nie ma nic … jeśli za nimi nie stoją czyny.

Co by było gdybyśmy ….

 

Usłyszałam wczoraj w programie, który oglądałam i cały czas w głowie od tamtej pory kołacze mi się jedno pytanie : „A gdybyśmy nigdy się nie spotkali? ”

Mogę mówić za siebie i jedno wiem i tego jestem pewna, że los podarował mi coś cennego, co sprawiło, że dziś patrząc w lustro widzę kogoś innego niż jakiś czas temu.Czy lepszego nie wiem – nie mi to oceniać. Mi pasuje to co widzę i jestem wdzięczna za to co udało mi się zmienić w sobie dzięki tym doświadczeniom, które dane mi było przeżyć.

„A gybyśmy nigdy się nie spotkali
Minęli na życia tle?
I gdyby nas nic nie łączyło wcale
A wspólny los wahał się?

Kto postanawia,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Odnajdujemy się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat?

A gdybyśmy nie pokochali nigdy
Zgubili, spóźnili się?
Byliby z nas ludzie zupełnie inni.
A czy szczęśliwi, kto wie?

Ale uznano,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Mamy odnaleźć się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat

Czasami myślę o prawdopodobnym świecie,
Gdzie jednak się mijają ślady naszych stóp.
Co wtedy dzieje się z duszami naszych dzieci,
Nim czyjaś inna miłość je zaprosi tu?

Kto postanawia,
Że jedyny raz na Ziemi
Na jedną chwilę, ty i ja
Odnajdujemy się
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat?”

Małe problemy …

Może naiwnie ale czekam na koniec miesiąca … i to pod wieloma względami. Po pierwsze i najważniejsze to jest jeden z tych gorszych miesięcy w roku … zaczął się żle już od pierwszego dnia, a z każdym kolejnym staje się coraz bardziej paskudny.

Po raz kolejny okazało się, że to małe problemy są tym co potrafi szybko i bezwzględnie powalić mnie na łopatki. Z „DUŻYMI” sprawami też nie zawsze sobie dobrze radzę (powiedziałabym, że rzadko sobie z nimi szybko i sprawnie radzę), ale one są duże i wymagają niekiedy czasu i tak zwanego „przepracowania”. Jednak w tych na prawdę trudnych sytuacjach potrafię funkcjonować tak, że nikt nie widzi, że coś się dzieje, potrafię na spokojnie podchodzić do tego co się dzieje (przez większość czasu) i jakoś w końcu znaleźć wyjście. Gdy jednak sprawy są (oczywiście nie według mnie ale osób z mojego otoczenia) błahe i banalne to ja wpadam w histerię, panikuje i łapie się na tym, że mam ataki paniki. Z przykładem mierzę się ostatnio … już prawie od miesiąca … czyli awaria samochodu (kolejna w tym roku). Tak, wiem to tylko przedmiot, ma prawo się zepsuć itd. itp. ale dla mnie to jest moje małe Mount Everest na tą chwilę. Tak, wiem też, że ludzie maja „prawdziwe” problemy i że nie z takimi rzeczami w życiu sobie radziłam, ale nie zmienia to faktu, że to małe „coś” pokonało mnie i choć nie oddaję walki walkowerem to i tak czuję się wypompowana z sił i już zaczynam tracić nadzieję, że poradzę sobie z martwym przedmiotem (bo ponoć samochody nie mają duszy i nie kombinują robiąc mi na złość … no i nie rozumieją, że wrzucenie do bagażnika linki holowniczej i umieszczenie gaśnicy na przednim siedzeniu, znaczy, że muszą mi coś udowodnić i popsuć się za wszelką cenę pokazując mi język). Tak, wiem, że płacz powinnam zostawić na inne okoliczności niż to, że nie jestem w stanie ustalić przyczyn tego co się dzieje. Tak samo jak wiem, że zaistniała sytuacja nie powinna wzbudzać we mnie lęku przed odpaleniem silnika i ruszeniem z miejsca … szczególnie jeśli ścisku żołądka dostaję przy każdych światłach i na każdym odcinku drogi, gdzie ciężko byłoby zepchnąć To z drogi.

 

Ale czym dłużej o tym myślę i czym głębiej się nad tym zastawiam to dochodzę do wniosku , że problem tkwi w czymś innym. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia o tym jak sobie radzić w takich sytuacjach, o których nie mam pojęcia. Sedno tkwi w tym, że czasem marzę o tym, żeby ktoś staną z boku, pogłaskał po ramieniu i powiedział „damy sobie z tym radę, nie martw się” a potem pomógł rozwiązać te małe, z pozoru nie istotne problemiki. W takich chwilach tak bardzo czuję się sama i pozostawiona bez opieki. W takich momentach tak bardzo brakuje mi mojego Taty, który wszelkie sprawy brał na swoje barki i nie pozwalał, żebym musiała martwić się tym co nie musi być moim zmartwieniem. I chyba w tym właśnie to wszystko się zawiera …. czasami brak mi kogoś, kto razem ze mną będzie przemierzał ten świat, a gdy zajdzie taka potrzeba ochroni przed prozą życia, wesprze nie tylko słowem, ale i czynem. Brak mi kogoś kogo ja mogłabym otoczyć swoją opieką, pomóc mu znosić trudy codzienności i przytulając powiedzieć – „nie martw się razem damy radę, bo jak nie my to kto?”.

A póki co dalej walczę z rzeczywistością, samotnie pokonując problemy, czasem wyolbrzymiając je i tworząc  z nich potwory… gdy tak na prawdę są to tylko małe robaczki. Jest tylko jeden problem – ja nigdy nie bałam się potworów a wszelkie robactwo sprawia, że paraliżuje mnie strach i uciekam najszybciej jak tylko umiem.

Brak radości

Ludzie czasem tak bardzo nie doceniają tego co mają. Nie doceniają, bo nie wiedzą jak to jest jak się czegoś nie ma. Nie oceniam ich, nie krytykuję, bo ciężko im zrozumieć jak to jest jak się coś traci lub czegoś mieć nie można. Ja też nie zawsze wiem, jak to jest, gdy traci się coś cennego, co powinno być i co jest uznawane za normę.

Czasem jednak to ich nie docenianie potrafi być bolesne, słowa, które wypowiadają potrafią przeszyć na wskroś i sprawić, że pęka serce.

Gdy ktoś opowiada mi o tym jak ciężko jest wychowywać dziecko, jak czasem trudno, gdy nie można sobie z nim poradzić, jak zarzekają się, że nigdy więcej kolejnych lub uważają, że w jakimś stopniu rodzicielstwo jest błędem, staram się unikać krytyki i negatywnego myślenia o nich. Szukam zrozumienia dla takich słów, bo wiem, że często wynikają ona z ciężkiej sytuacji, która miała miejsce lub złych zachowań jednej czy drugiej strony. W głębi siebie jednak myślę wtedy , że ja bym oddała tak wiele, żeby budzić się w nocy i uspokajać płaczące niemowlę, że nie ważne jak ciężko, ale chciałabym móc walczyć z dziecięcym buntem i fochami. Może nie wiem o czym mówię, bo ciężko odnieść się do doświadczeń, których się nie ma, ale  i tak chciałabym je mieć niż nie móc nic na ten temat powiedzieć.

Pieniądze … niby szczęścia nie dają, ale bardzo ułatwiają jego zdobycie. Owszem nie są najważniejsze, nie powinny przesłaniać całego świata i stanowić jedynego celu w życiu, ale co jeśli się ich nie ma. Co w sytuacji, gdy staje się przed niezwykle ciężkimi decyzjami – zapłacić rachunki, czy zjeść obiad ….

Zdrowie … póki jest, póki nic nam nie doskwiera, nie cierpimy my lub nasi najbliżsi nie myślimy o tym za dużo. Czujemy się dobrze, więc nie zamartwiamy się tym co może się stać, co może nas spotkać. Z jednej strony dobrze, bo nie o to chodzi w życiu, żeby szukać nieszczęść i ciągle o nich myśleć.  Z drugiej jednak strony nie dbamy o to co mamy, nie robimy nic, żeby taki stan jaki jest utrzymać , a czasami bardzo mocno staramy się, żeby go pogorszyć.

Dom, rodzina, bliscy ludzie … gdy się to wszystko ma niekiedy nie potrafimy dostrzec, że spotkało nas w życiu coś dobrego. Po prostu jest i nie cieszymy się tym na co dzień, bywa, że nawet „od święta” tego nie doceniamy bo czyjaś obecność stała się normą.  Kłócimy się i obrażamy, narzekamy i ranimy, zapominamy o bliskości, o dotyku, przytuleniu czy powiedzeniu miłego słowa.

Tak często bywa, że zaczynamy widzieć to co daje radość dopiero wtedy, kiedy życie stawia nas pod murem, gdy pojawia się zagrożenie lub coś tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy, że każdy dzień potrafi dawać szczęście , że najmniejsze drobiazgi potrafią sprawić radość, że to co „oczywiste” może być błogosławieństwem.

Staram się z całych sił doceniać to co w życiu mam, a nie skupiać się na tym czego mieć nie mogę lub co straciłam, ale to jest strasznie trudna. Co dzień rano jadąc samochodem lub spacerując z psem powtarzam sobie, że po pierwsze – trzeba zacząć od siebie,  po drugie – życie lubi zaskakiwać i nie wiem co czeka mnie za godzinę, jutro lub za rok, po trzecie – głową muru nie przebiję, muszę go przeskoczyć, obejść lub zawrócić szukając innej drogi  i wreszcie po czwarte – „Jeśli rzeczy małe nie będą cię cieszyły, to i duże nigdy nie ucieszą”.(A.Przybylska)

Nie oceniam więc ludzi narzekających na swój los, bo sama nie postępuje inaczej. To, że narzekam na inne sprawy niż oni jest mało istotne … choć bolesne jest, gdy krytykują to o czym ja nieustannie marzę …

Ruchome piaski

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu stoję na wzgórzu z ruchomymi piaskami. Gdy się nie ruszam, nic nie robię i tak tylko stoję to mogę patrzeć na to co wokół mnie, słuchać dźwięków otaczającego mnie świata. Jednak gdy tylko się poruszę, zaczynam zapadać się coraz głębiej . Zakopałam się już tak bardzo, że sama nie wyjdę, a pomocnych dłoni przyjmować nie chcę. Boje się, że zamiast mnie wyciągnąć zakopią się razem ze mną. Odpycham więc każdego kto stara się być potrzebny, odtrącam wszystkich, którzy chcą mnie wydostać.

Teraz stoję nieruchomo i rozglądam się wokół. Boję się choćby drgnąć, żeby nie zapaść się bardziej. Każdy ruch, gest, słowo tylko ciągną mnie w dół… Jeszcze chwila i obawiam się, że będzie już za późno, żeby stąd wyjść. Boję się, że pochłonie mnie ciemność. Boję się, ze dla mnie jest już za późno.  Boję się tego co będzie dalej ….